Historia pewnej znajomości

Villa Borghese, Roma

Villa Borghese, Roma

Mówili, że ten związek nie ma przyszłości. Byli też tacy, którzy z drwiącym uśmiechem komentowali: „To tylko kaprys, minie jej”. Inni pukali się w czoło pytając: „Jakie życie Cię czeka?”. Tego jeszcze wtedy nie wiedziałam. Podjęłam jednak „ryzyko” – związałam się z tą, mówiąc po herebertowsku, „domeną bajarzy”, czyli historią sztuki.

Studencka wycieczka historyków sztuki do Rzymu. Kolejne, na zdającej się nie mieć końca liście, muzeum  „do odhaczenia”. Obyło się na szczęście bez stania w kilkumetrowej kolejce. Va bene – szybki referat na temat Galleria e Museo Borghese i będzie czas na tramezzino i samowolną wędrówkę po mieście. Przechodząc jak lunatyczka z sali do sali, chłodnym okiem obejrzałam Paulinę Borghese Canovy, o rozbawienie przyprawił mnie młodziutki Dawid, dłuta Berniniego, aż nagle moje mięśnie się spięły, wzmogła się moja uwaga, a większość zmysłów postawiona została w stan alarmu. Stała przede mną, czy też ja przed Nią. Grupa rzeźbiarska niepodobna do niczego, co było wcześniej i nie przypominająca niczego, co powstało później. W całej swej marmurowej okazałości Pluton porywający Prozerpinę (czuwający przy stopach pies był dla mnie niemal niezauważalny).

Gian Lorenzo Bernini, Porwanie Prozerpiny, 1621-22

Gian Lorenzo Bernini, Porwanie Prozerpiny, 1621-22

Rzeźba zamarła w doskonałym kształcie. Ale nie, bo oto wyłaniała się właśnie na moich oczach, z naporu moich myśli i przeżyć. Obchodzę Ją powoli (zachwyca profil młodziutkiej kobiety ze łzą na policzku), cofam się (światło pieści napięte do granic mięśnie), przystaję (jeszcze trwa jej wyrywanie się z objęć dojrzałego mężczyzny). Aż w końcu dochodzę do miejsca, które zadecydowało o całkowitym zachwycie. Pięć palców brutalnie wbijających się w lśniące udo Prozerpiny. Drugie pięć diabelsko zatapiających się w jej wiotkiej talii.

Fragm. Porwanie Prozerpiny, Bernini

Fragm. Porwanie Prozerpiny, Bernini

Czy to na pewno marmur? Ten sam chropowaty marmur, w którym Michelangelo zamknął swoich niewolników? Coś mami moje oczy. Nie. Ktoś. Gian Lorenzo Bernini. Bezczelny. Genialny. Nec plus ultra.

I choć moje spotkanie z Plutonem i Prozerpiną nie skończyło się w łóżku z gorączką, jak to miało miejsce w przypadku Stendhala, który musiał odchorować widok Dawida Michelangelo, to dokonało się, rzeźba ta weszła mi pod skórę. Prześladowała mnie. Chodziła za mną wszędzie. Mimo, że na co dzień to malarstwo mówi do mnie mocniej, w końcu Jej uległam. Zapisała się w mojej pamięci po dziś dzień – wyraźna, natarczywa, uparcie nie pozwalająca zająć swojego miejsca żadnemu innemu dziełu. Uwiedzenie zatem. Nie tylko na poziomie wyłącznie estetycznej delektacji, jak to miało miejsce niejednokrotnie wcześniej, ale dogłębnie – na zasadzie fizycznego kontaktu.

P.S. 1

Mój Mąż przekornie mawia, że żyję w świecie fantazji. Protestuję – to ten namacalny świat jest fantastyczny, nierealny, często absurdalny i niepojęty. I w tym właśnie świecie jestem tylko gościem. A kiedy mogę wracam do „mojego świata”, zabierając ze sobą, od czasu do czasu, moich bliskich.

P.S. 2

Jeśli któryś z autorów zdań, przytoczonych na początku tekstu, czyta ten felieton – uśmiecham się do niego (bez drwiny, a z satysfakcją).

A tymczasem, do zobaczenia Prozerpino, do zobaczenia Plutonie!

 

Dom dla sztuki

Joanna Dąbkiewicz-Luścińska, SH Studio

Wnętrze prywatne z obrazem Joanny Dąbkiewicz-Luścińskiej, fot. SH Studio, www.sh-studio.pl

Byle jakie domy, byle jakie jedzenie, byle jaki film, byle jaka rozrywka.  Byle jak mówimy, byle jak się ubieramy, byle jak wykonujemy swoje obowiązki. Nasze signum temporis. Żyjemy w czasach „bylejakości”. Topimy się w niej. Nie dbamy o aurę naszego otoczenia.  Zadowalamy się łatwo i szybko substytutami, otaczamy się brzydkimi przedmiotami, zabijając poczucie estetyki. Pozwalamy, aby zarzucali nam umysł mnóstwem byle jakich bodźców i zanim się obejrzymy zaczynamy wchłaniać świat bezrefleksyjnie, a jeszcze częściej bezmyślnie.

Generalizuję? Tak, zatem jeśli Tobie, Droga Czytelniczko/Czytelniku nie jest wszystko jedno, a poczucie piękna mieści się w Twoich priorytetach, ten artykuł jest dla Ciebie.

Wyobraźmy sobie wnętrze salonu wypełnione sofą z opadającą bezładnie narzutą, fotel jeden i drugi, stolik ze stygnącą filiżanką kawy. Pod ścianą biblioteka uginająca się pod ciężarem książek (zakładając optymistyczny scenariusz), a gdzieś w kącie duża kwitnąca difenbachia. Czasami do tego podstawowego wyposażenia dodać możemy jeszcze kominek czy pianino. Typowe prawda? Nawet i ładne.

Na pierwszy rzut oka, ale co potem? Przypomniał mi się pewien monolog ze sztuki „Krum”, Hanocha Levina: „Na pierwszy rzut oka jestem wesoła i ładna. Ale jak tu zrobić żeby na świecie były tylko pierwsze rzuty oka?”. Z urządzaniem mieszkania jest podobnie. Nakarmiwszy oczy wystudiowanymi wnętrzami z katalogów, gdzie nieprzerwanie w modzie styl skandynawski, kopiujemy wszystko bez namysłu do naszych pokoi, łazienek, kuchni, które przypominają potem reklamy producenta mebli.

Spróbujmy zatem, siłą naszej wyobraźni, dodać do tego obrazka naturalne światło i ściany wypełnione wysmakowanymi obrazami/grafikami. Spokój i harmonia. Ta przestrzeń oddycha, mówi, dopiero teraz żyje. Wystarczy chęć, nutka finezji, wyobraźni.

Wnętrze prywatne z obrazem Joanny Dąbkiewicz-Luścińskiej, fot. SH Studio, http://www.sh-studio.pl/

Wnętrze prywatne z obrazem Joanny Dąbkiewicz-Luścińskiej, fot. SH Studio, www.sh-studio.pl

Trudno wyobrazić sobie przedmiot, który na równi z obrazem/rzeźbą czy innym dziełem sztuki nada wnętrzu charakter. Charakter indywidualny – nie ma ryzyka, że w innym domu trafimy na identyczny obraz, jaki zdobi nasze wnętrze. Co więcej stanowić będzie odbicie naszych temperamentów, zwyczajów, nas samych.

Faktem jest, że sztuka nadaje prestiżu, szlachetności zarówno wnętrzu jak i samemu posiadającemu, ale przede wszystkim i to jest jej wartość największa, jest jak haust powietrza – zachłyśnięcie się nią jest odradzającym przeżyciem. Może nas motywować, jest naturalnym treningiem kreatywności, wzmaga poczucie własnej wartości.

Smakujmy sztukę, a tym samym zacznijmy ożywiać nasze ściany czymś prawdziwym i wartościowym. Niech pasja sączy się ze ścian!

 

Sylwester Stabryła, SH Studio, młoda sztuka, kolekcjonerstwo, rynek sztuki

Wnętrze prywatne, we wnęce płótno Sylwestra Stabryły, fot. SH Studio, www.sh-studio.pl

Kto wie, może w którejś z Was obudzi się dusza kolekcjonera? Być może po zakupie piątego czy dziesiątego obiektu obudzi się w nas pewnego rodzaju odpowiedzialność kolekcjonerska, wymuszająca stworzenie swojej własnej estetyki i już nie będziemy potrafili przestać…Jedno jest pewne – tak jak nie da się mieszkać z osobą, która wiecznie nas irytuje, tak samo jest z dziełem sztuki. Dlatego kupujmy obiekty, które przynoszą nam przede wszystkim przyjemność. Nie patrzmy tylko i wyłącznie na rankingi artystów, bowiem tu nie ma miejsca na bezosobowe słupki i zimne kalkulacje. Kolekcja składająca się z dobrych i wartościowych obiektów zawsze będzie zyskiwać na wartości. Kupujmy dzieła sztuki dla nich samych, a przyjmując jakieś ramy starajmy się, aby były one warsztatowo i estetycznie dobre. Tylko tyle i aż tyle.

SH Studio, autorskie meble,

Autorskie meble SH Studio, fot. SH Studio, www.sh-studio.pl

Nie bójmy się. Nie szukajmy pewności tam, gdzie jej nie ma. Bowiem w świecie sztuki nie może być jednoznaczności. Kluczem do sukcesu może być kontrolowany eklektyzm. Artdecowskie meble z lat 30tych zestawione ze współczesnym płótnem. Czemu nie. Antyczna, masywna szafa z wnęką, a w niej młody artysta. To jest to. Eksperymentujmy.

Dzieła sztuki nie mają na celu po prostu zdobić przestrzeni. Te przedmioty się „dotyka” zmysłami, poświęca się im czas. Nie patrzmy na nie, ale oglądajmy je. Wtedy i tylko wtedy staną się kontrapunktem dla otaczającej nas rzeczywistości, galopującego świata, relacji pozbawionych emocji.

Nie skazujmy się na to, że z naszym wnętrzem będzie jak ze wspomnianym monologiem czy miłością od pierwszego wejrzenia. Bowiem drugie spojrzenie wiele zmienia.

I tak, życzę Wam, aby po każdym zakupie i umieszczeniu dzieła w tym JEDYNYM odpowiednim miejscu towarzyszyło Wam zdanie Waltera Benjamina: „Najgłębszą fascynacją kolekcjonera jest wpisanie konkretnej rzeczy w magiczny krąg, w którym konkret ów zastyga, właśnie w chwili, gdy wstrząsa nim jeszcze ostatni dreszcz wywołany faktem jego nabycia”.

 

Tekst ukazał się w 3 nr meLADY, 2015 r.

5 kroków, aby nie zwariować, gdy za oknem pojawi się wiosna!

plener_mini_013

Jak co roku, wraz z pojawieniem się pierwszych promieni słońca, siadam z kartką papieru w jednej ręce, długopisem w drugiej i zaczynam spisywać tegoroczne postanowienia. Wiem, wiem, takie rzeczy zazwyczaj robi się wraz z nadejściem nowego roku, jednak ja, zimowy leniuch, daję sobie jeszcze kilka miesięcy, aby plany dojrzały. W tym czasie ja najnormalniej w świecie trwam niczym w zawieszeniu. Nie robię nic kreatywnego – przecież wiosna jeszcze się nie zaczęła, jeszcze jest czas. Czytam książki, nadrabiam zaległości filmowe. Odpoczywam. Przynajmniej tak mi się wydaje. Bo gdyby przyjrzeć się temu dokładnie, to przez te kilka miesięcy, kiedy za oknem szaro i buro, w mojej głowie kiełkuje plan. Spektakularny! Przecież tej wiosny będę podbijać świat.
1. Obudź się
Już nasi przodkowie wiedzieli, że w zdrowym ciele zdrowy duch. Po zimowym lenistwie przychodzi czas, aby coś ze sobą zrobić. Niestety, nie należę do tej części społeczeństwa, która lubi sporty ekstremalne, więc z marszu odrzucam pomysł z bieganiem. Spacery – pomysł fajny, ale ile można chodzić bez celu? Raz w tygodniu, z mężem, przyjaciółką, ale nie codziennie i nie samej. Już kilka lat żyję na tym świecie, więc wiem, żeby obudzić się z zimowego zastoju, potrzebuję wsparcia. Dlatego też najlepszym dla mnie rozwiązaniem na rozruszanie ciała będzie fitness. Raz – zainwestuję w to konkretną kwotę, dwa – widok innych męczących się kobiet zawsze wpływa bardziej mobilizująco. Poza tym to świetna okazja do poznania nowych osób. Nowe znajomości, więcej spotkać, więcej ruchu. Jakież to proste!
2. Porządek
Nieodłącznym elementem wiosny jest sprzątanie: w szafie, garażu, na podwórku. Ja dodaję jeszcze jeden obszar – głowę. Co mi po pięknie poukładanych ubraniach, pozgarnianych zgniłych liściach, czy wypolerowanej posadzce w garażu, kiedy moje myśli krążą jeszcze wokół spraw, które a) już dawno zostały załatwione, b) minęło już tyle czasu, że nic nie da się z nimi zrobić? Oczywiście, sama siebie tym katuję. Po stokroć rozpatruję rzeczy, na które nie mam już wpływu. Zadręczam się bez ustanku, czy aby na pewno wszystko zrobiłam dobrze czy słowa, których użyłam w pewnych rozmowach nikogo nie uraziły. I tak zamiast zająć się czymś nowym, tkwię cały czas w przeszłości. Czas z tym kończyć. Tej wiosny będzie inaczej. To co było, zostawię za sobą. Skupię się na tu i teraz.

3. Priorytety
Z radością odkrywam w sobie coraz to nowe pokłady empatii. Cieszę się razem z sąsiadką, której udało się dostać cebulki rzadkich kwiatów, skaczę do góry wraz z siostrzenicą – a wszystko za sprawą nowego członka rodziny, sierściucha, który rości sobie prawo do mojej poduszki – raduję się na samą myśl o nowej zastawie obiadowej mamy. A co ze mną? Gdzie w tym wszystkim jestem ja? Tak, właśnie próbuję Was namówić do zdrowego egoizmu. W głębi serca dobrze wiemy, że świat nie tylko nie straci na tym, że pomyślimy o sobie, a wręcz przeciwnie – zyska szczęśliwą mieszkankę. Postaw na siebie, a uszczęśliwisz wszystkich wkoło.
4. Realizacja
Wyobraź sobie sytuację, w której wszyscy dookoła realizują się, spełniają marzenia, zdobywają szczyty. A twoja rola zostaje ograniczona tylko do tego, aby stać z boku i cieszyć się razem z nimi. A jeszcze dodajmy, że taką rolę narzuciłaś sobie sama. Jak długo wytrzymasz? Kiedy zacznie denerwować cię każdy uśmiechnięty człowiek, każda dobra nowina będzie wywoływała u ciebie falę złości? Kiedy zaczniesz być zazdrosna o to, co robią inni? Twoje samopoczucie i samoocena natychmiast zaczną pikować w dół. Żadna z nas tego nie chce. Na szczęście nie jesteśmy masochistkami i doskonale znamy słowo „samorealizacja”. Wiosna to dobry czas na znalezienie sobie zajęcia, które nie tylko będzie rozwijało nowe umiejętności, ale przede wszystkim sprawiało mnóstwo radości. Nie ważne, czy będzie to kurs tańca, gotowania, blogowanie czy hokej na trawie? Najważniejsze, żebyś ty czuła się z tym dobrze. Endorfiny, które wyprodukuje twoje ciało przy realizacji tych zajęć uszczęśliwią nie tylko ciebie, ale i tych, którzy na co dzień z tobą przebywają. Niby łatwe i banalne, ale w dobie pracy i zajęć związanych z domem i dziećmi, swoje potrzeby spychamy na boczne tory. Czas się przełamać i zadbać o dobre samopoczucie. Godzina dla siebie i świat od razu wydaje się piękniejszy.
5. Radość
Niech uśmiech będzie twoim najlepszym przyjacielem. Nie rozstawaj się z nim. Życie nie raz da ci powód do smutku, sama sobie nie musisz go fundować. Kiedyś znajoma zapytała mnie, dlaczego wciąż się uśmiecham? Czy ja nie mam powodu do zmartwień? Ależ oczywiście, że mam. Tylko po pierwsze, nie każdy musi o tym wiedzieć, a po drugie – po co samemu nakręcać negatywne myślenie poprzez udręczoną minę? Spróbuj przez pewien czas uśmiechać się do ludzi. Nie tylko do tych, których świetnie znasz, ale przede wszystkim do obcych. Pierwsza osoba, która odwzajemni ten gest, naładuje twoje akumulatory na dobrych kilka godzin. Radość, którą dasz innym, wróci do ciebie ze zdwojoną siłą.

plener_mini_022
Pewnie, niejeden zastanowi się, dlaczego się tak cieszysz, skąd ten uśmiech? W ogóle się tym nie przejmuj, 90% osób, które tak pomyśli, nie powie tego na głos. A ty nigdy nie wiesz, kiedy jednym uśmiechem umilisz komuś dzień.
Wiosna, mimo całego swojego uroku, nakłada na nas schematy, które bezmyślnie realizujemy. Wiosną trzeba posprzątać mieszkanie, doprowadzić do użytku podwórko, wymienić garderobę. I tak rok w rok, robimy wszystkie te rzeczy. A może tej wiosny przełamiemy rutynę? Jasne, zróbmy porządki. Ale nie dla nich samych! Zróbmy to dla nas. Przywitajmy wiosnę z nastawieniem, że będzie to nasz czas. Czas realizacji, spełniania marzeń. Cieszmy się słońcem, budzącą się do życia przyrodą. Myślmy nieszablonowo, znajdźmy chwilę dla siebie. Wykorzystajmy tę energię, którą daje nam świat, nie zamykajmy jej w ramach, przez kogoś nam narzuconych. Bądźmy szczęśliwi i zacznijmy realizację tego projektu już dziś.

 

Artykuł ukazał się w 1 numerze (03.2015)  magazynu dla kobiet meLADY

Mamą być. Czyli o tym jak krok po kroku przewartościowuję swoje pojęcie o macierzyństwie.

DSC_0667

Kiedy byłam mała wyobrażałam sobie, że jak zostanę mamą na pewno będę mieć córeczkę. Było to dla mnie oczywiste. Kiedy podrosłam i dowiedziałam, że zostanę mamą, w dalszym ciągu myślałam, że z całą pewnością będzie to dziewczynka. Okazało się, że moja intuicja się myliła. Kiedy przygotowywałam się do nowej roli, perfekcyjnie zorganizowałam wszystkie potrzebne rzeczy: pedantycznie wyprasowane, ułożone kolorystycznie ubranka, pieluszki w kosteczkę, cała masa kosmetycznych „must have” równiutko na półce. Wyobrażałam sobie jak to będę puszczać Małemu Bacha, a on będzie leżał w łóżeczku z misiem i zabawiał się w takt muzyki. A kiedy moje idealne dziecko będzie spać (przecież niemowlaki przesypiają ¾ dnia) popracuję, przygotuję wyrafinowaną kolację i przeczytam kolejną z listy książkę.

Rzeczywistość spłatała mi figla. Jak się okazało, sama pisze ciekawsze scenariusze.

Jedyna muzyka jaka interesuje Leo to ta na żywo (najczęściej w moim wykonaniu, po godz. 18 na scenę wkracza Tata), a od wszelkich misi zdecydowanie bardziej interesujący jest telefon lub łyżka stołowa. Po prostu. Wyrafinowana kolacja? Możliwe do wykonania. W duecie. Teraz  w kuchni jestem niczym Pascal albo Makłowicz objaśniający w teatralny sposób każdą czynność, którą wykonuję krok po kroku. A ile przy tym radości w oczach mojego widza! Rzeczą zdecydowanie trzeciorzędną stały się poukładanie pieluszki i inne ciuszki. To dzieje się jakoś przy okazji, pomiędzy, z doskoku. Na rzecz czasu zaoszczędzonego na wspólne gaworzenie, gurgulanie i turlanie.

Ale, żeby nie było, że życie jest tak do końca przewrotne, jest jedno wyobrażenie, któremu jestem wierna. Książki. Jak wariatka kupuję Małemu książki. I mimo, że większość z nich zdejmę z półki dopiero za kilka miesięcy lub lat, to sama myśl o tym czasie kiedy będziemy sobie czytać, już teraz sprawia mi niesamowitą frajdę. Moim największym szaleństwem jak dotąd, wynikającym z zawodowego zboczenia, są Acydzieła do kolorowania…Nie wiem tylko, czy nie będę musiała kupić drugiego kompletu – ręce same rwą się do malowania :)

A tymczasem, czekając cierpliwie aż Mały zainteresuje się swoją biblioteczką, będę jak wariatka cieszyć się z każdego kolejnego zęba, z każdej kupki i z każdego następnego kroku bez trzymanki. I codziennie będę celebrować ten moment (stopiłby serce każdego twardziela) kiedy Leo słysząc brzdęk kluczy, bacznie wypatruje czyja twarz wyłoni się z za drzwi…i w końcu te rozbiegane oczęta, wyciągnięte ręce i wesoły pisk, który ustaje dopiero wtedy, gdy Tata weźmie go na ręce.

Bo w przeciwieństwie do wszystkiego, co może poczekać – podróży do dalekich krajów, spotkań z przyjaciółmi, zawodowych możliwości – to JEDYNE, co ucieka bezpowrotnie.

Dobrego dnia wszystkim Mamom :)

Design po dziecięcemu

Jakie jest piękne dzieciństwo? Beztroskie i kolorowe, pełne zabaw i fantazji, śmiechu i radości. Dzieciństwo wyposaża nas na całe życie. Każdy rodzic chce wychować swoje dziecko na mądrą, kreatywną i pewną siebie osobę.

To czym otaczamy nasze pociechy od samego początku ma wpływ na ich rozwijającą się osobowość, poczucie estetyki czy kreatywność. Im wcześniej zaczniemy przyzwyczajać dzieci do niebanalnych rzeczy, tym lepiej. Przedmioty i akcesoria, z którymi maluch ma kontakt na co dzień, od pierwszych dni jego życia stymulują i pobudzają – rozwijają wyobraźnię, inspirują, prowokują do myślenia.

Dlatego też królestwo dziecka – jego pokój – to przestrzeń, która powinna być dobrze przemyślania i dostosowana do potrzeb.

 

Krzesło Tripp Trapp, fot. Ada Nawrocka

Krzesło Tripp Trapp, fot. Ada Nawrocka, autorka bloga Scandinavian Home www.scandinavianhomee.blogspot.com

Rosnące krzesełko Tripp Traap

Skandynawski design, klasyk który zostanie w domu na długie lata. Produkowany przez firmę STOKK mebel posłuży zarówno jako fotelik dla 6 miesięcznego malucha, jak i designerskie krzesło dla dorosłego. Od 1972 roku milion dzieci na całym świecie korzysta z rozwiązana wymyślonego przez Peter’a Opsvik’a, który pragnąc zapewnić swojemu synkowi bezpieczne, komfortowe i ciekawe wizualnie siedzenie, stworzył krzesło, które rośnie razem z dzieckiem. Krzesełko dostępne jest we wszystkich podstawowych kolorach oraz naturalnym drewnianym.

Łóżko R Toddler, fot. Rafa Kids

Łóżko R Toddler, fot. Rafa Kids www.rafa-kids.com

Plac zabaw w pokoju – łóżko Rafa Kids

W dziecięcym pokoju służy nie tylko do spania: jest trampoliną, placem zabaw, a nawet kryjówką. Tę właśnie wielozadaniowość doskonale rozumie duet projektantów z Rafa Kids, który tworzy niebanalne łóżka dla dzieci w różnym wieku. Ten solidny mebel wykonany z fińskiej brzozy, a dostępny w trzech odcieniach, dzięki swojej wielofunkcyjności (możliwość wielu kombinacji, kółka ułatwiające przestawianie) spełni oczekiwania najbardziej wymagającego rodzica: połączenie prostoty i funkcjonalności, wysokiej jakości materiałów i miłego dla oka designu.

Biurko K Desk, fot. Rafa Kids

Biurko K Desk, fot. Rafa Kids www.rafa-kids.com

Duch przeszłości – biurko Rafa Kids

Kto nie pamięta starych, poczciwych drewnianych ławek szkolnych z otwieranym blatem? Te relikty przeszłości przywodzą na myśl, poprzez swoją formę, biurka stworzone przez Rafa Kids. Są jednak zdecydowanie bardziej wyrafinowane wizualnie: subtelny, nowoczesny design sam w sobie inspiruje do kreatywnych działań, które de facto można pięknie wyeksponować na otwartym blacie.

Naklejka Chispum, fot. Agnieszka autorka bloga Mrs. Polka Dot

Naklejka Chispum, fot. Agnieszka autorka bloga Mrs. Polka Dot www.mrspolka-dot.com

Naklejki Chispum, czyli mazanie bez opamiętania.
Ile razy korciło nas żeby napisać coś na ścianie? I ile razy zrobiliśmy to ku utrapieniu rodziców? Nasze dzieci nie muszą robić tego w ukryciu. Możliwość taką daje im małżeństwo z Barcelony, producenci winylowych naklejek, których fantazja nie zna granic. Poza swoją różnorodnością i humorem, wyróżnia je wielorakość zastosowań: można je naklejać gdzie dusza zapragnie. Jednym z pomysłów jest naklejana tablica, która służyć może nie tylko dzieciom, a wszystkim zapominalskim. Nie bez znaczenia jest fakt, że Chispum współpracuje ze znakomitymi ilustratorami, co przekłada się na fantastyczną ucztę dla oka.

Minimalistyczny pokój Milli, fot. Patrycja Wegner-Keiling

Minimalistyczny pokój Milli, fot. Patrycja Wegner-Keiling autorka bloga Matka-Nie-Polka www.niepolka.pl

Poważna zabawa deseniami

Szarość – majestatyczna, poważna, trwająca, zawsze elegancka. Można by pomyśleć, że zdecydowanie nie będąca tą właściwą w palecie barw pokoju dziecięcego. Czy aby na pewno? Szukając nowych rozwiązań twórczyni tego wnętrza postawiła na desenie, wzory na pozór się wykluczające: kółka i zygzaki. Całość przełamała przybrudzonym żółtym, a dopełnieniem uczyniła zawsze klasyczną biel. Wszystkie te zabiegi, z naciskiem na oryginalne połączenie ornamentów, nadały wnętrzu interesujący indywidualizm.

Rustykalny pokój Lwa, fot. Paulina Herman

Rustykalny pokój Lwa, fot. Paulina Herman, autorka bloga Księżniczka w kaloszach www.folkmyself.pl

Rustykalny design

W tym wnętrzu najważniejszą rolę odgrywa drewno: ciężkie i swojskie. Króluje prostota i naturalność. Gołym okiem widać zamiłowanie właścicieli do wiejskiego życia, bliskiego kontaktu z naturą. Surowość drewna połączona została z energetyczną czerwienią, pomarańczą i błękitem. Ciepłe barwy zestawione z rustykalnym minimalizmem i ciekawymi dekoracjami, zabawkami tworzą swojego rodzaju eklektyczny styl pełen przestrzeni, powietrza i dobrej energii.

 Zachęcając do szukania niebanalnych rozwiązań w otoczeniu dziecka polecamy niezwykle interesującą inicjatywę – odbywający się od 2012 roku w Szczecinie Kids Love Design. Jest to pierwszy w Polsce festiwal wzornictwa dla dzieci, który co roku przygotowuje dla najmłodszych bogatą ofertę edukacyjno-kulturalną. Szczegółowe informacje można znaleźć na stronie dsgnfestival.com

 

Tekst ukazał się w magazynie meLADY, Nr 4, 2015 r.

Polka w Buenos Aires – „Wierzę, że warto się ponieść pasji”

San Telmo, fot. Maja Tyborska

San Telmo, fot. Maja Tyborska

Z Mają Tyborską rozmawiała Marta Bonotto

Jako, że aktualnemu wydaniu meLADY przyświeca myśl „Znajdź swoją pasję. Zbuduj na niej swoje marzenia.”, jesteś wręcz idealnym przykładem na to, że nie musi to być pusty frazes, a jak najbardziej realna rzeczywistość. Odkąd pamiętam szukałaś swojego miejsca na świecie. Wcześniej była Hiszpania, Meksyk, teraz Argentyna, a ściślej Buenos Aires. Czy to jest to Twoje miejsce?

Rzeczywiście, wielokrotnie się przeprowadzałam, chociaż nigdy nie interpretowałam tego jako poszukiwania mojego miejsca. Wybór poszczególnych kierunków nie był przypadkowy, najczęściej na tyle interesowała mnie sztuka danego kraju, że chciałam poznać miejsce, w którym powstała i trwała – wierzę, że jest ona wypadkową kultury. Buenos Aires, miało być jednym z punktów mojej podróży po Ameryce Południowej. Czekałam długo na możliwość przyjazdu do Argentyny, co wiązało się z moją wieloletnią fascynacją tangiem. Już pierwszego dnia wybrałam się na milongę (miejsce, w którym tańczy się tango) i się zakochałam. Jednak nie było mi dane poznać wówczas obiektu moich uczuć, kontynuowałam swoją podróż i po kilku miesiącach wróciłam do Buenos Aires i los pozwolił nam spotkać się jeszcze raz. Zatańczyliśmy i tak już zostało, oboje wiedzieliśmy, że połączyło nas coś wyjątkowego. Przypuszczam, że „odurzająca” atmosfera miasta przyczyniła się do podjęcia tak spontanicznej decyzji. Wierzę, że warto się ponieść pasji czy miłości i dać życiu okazję do napisania dla nas wyjątkowego scenariusza.

 Jakie jest Buenos Aires? Gdzieś przeczytałam, że określa się je jako „Paryż Południa”.

Dla mnie Buenos Aires to miejsce styku Europy i Ameryki Południowej, stworzone na „nowym” odległym terenie, ale przez imigrantów z Hiszpanii, Włoch, Polski i Rosji. Ten rodzaj kulturowego spotkania przekłada się na charakter tego miasta, pełnego sprzeczności. Pojęcie imigranta jest głęboko wpisane w jego tożsamość z jednej strony życie w tęsknocie za krajem a z drugiej entuzjazm i nadzieja, która towarzysz każdemu kto postanowił tutaj zamieszkać i zacząć wszystko od nowa.

Palac Barolo, fot. Maja Tyborska

Palac Barolo, fot. Maja Tyborska

Obcujesz z kompletnie inną kulturą niż nasza europejska – jakie są podobieństwa i różnice, które rzucają się najbardziej w oczy?

Buenos Aires jest na pewno miejscem w Ameryce Południowej dla naszej europejskiej kultury najbliższym. Instynkt przetrwania podpowiada mi, żeby unikać ciągłych porównań, bo wzmaga to tylko tęsknotę za domem. Główne różnice moim zdaniem można odnaleźć na poziomie relacji interpersonalnych, Argentyńczycy są ludźmi bardzo życzliwymi i otwartymi w kręgach prywatnych, natomiast jeżeli chodzi o kwestie służbowe charakteryzuje ich stosunek raczej neutralny lub negatywny. Popędzanie jest największym nietaktem i powoduje efekt zupełnie przeciwny od oczekiwanego. Po Ameryce Południowej krąży wiele anegdot dotyczących rozbuchanego ego Argentyńczyków i rzeczywiście mogę potwierdzić, że nie mają problemów z niskim poczuciem własnej wartości.

Buenos Aires kojarzy się głównie z tangiem. Wiem, że i Ty pokochałaś ten taniec. Co Cię w nim urzekło?

Tango przewijało się przez moje życie przez wiele lat, jednak to dopiero w Buenos Aires pozwoliło mi się do niego zbliżyć. Nie można tanga zamykać w obszarze muzyki czy też tańca, bowiem jest to zjawisko kulturowe przypisane nie tyle Argentynie ile portenos – mieszkańcom Buenos Aires. Tango wbrew powszechnemu przekonaniu nie opowiada jedynie o miłości, chociaż temat miłosnego rozczarowania pojawia się najczęściej, ale przede wszystkim o życiu w Buenos Aires. Dla mnie jest doskonałą metaforą życia oraz relacji damsko – męskich. Moment tańca jest więc rodzajem specyficznej rozmowy, w której należy wsłuchać się w potrzeby i emocje partnera, uwaga każdego z nich jest podzielona na dwoje. Patrząc na niektóre pary ma się czasami wrażenie, że są jednym ciałem, tylko z czterema nogami i to jest główna idea tego tańca.

Tango, fot. Maja Tyborska

Tango, fot. Maja Tyborska

Buenos Aires = Tango. Wiadomo. Co jeszcze postawiłabyś po znaku równości?

Postawiłabym na kulturę. Z mojej perspektywy jest to jedno z miejsc na całym kontynencie gdzie organizowanych jest najwięcej przedsięwzięć kulturalnych. Buenos Aires kocha literaturę, szacuje się, że to właśnie tutaj jest najwięcej księgarń na mieszkańca oraz antykwariatów.  Jest nieskończona liczba miejsc, które wiążą swoją historię z obecnością takich pisarzy jak Borges, Cortazar czy Gombrowicz. W Buenos Aires znajduje się również jeden z najważniejszych budynków teatralno – operowych  na świecie Teatr Kolumba, gdzie często można usłyszeć również muzykę polskich kompozytorów. Funkcjonuje również wiele teatrów musicalowych i niezależnych.  Wiele z tych atrakcji jest darmowa, więc właściwie każdy niezależnie od klasy społecznej i finansów ma dostęp do kultury, co w przypadku ameryki łacińskiej wcale nie jest takie oczywiste.

Recoleta, fot. Maja Tyborska

Recoleta, fot. Maja Tyborska

Powiedzmy, że mamy kilka dni na zapoznanie się z miastem – co jest według Ciebie koniecznym must-see?

Na pewno zabytkowy cmentarz Recoleta, który jest miejscem zupełnie wyjątkowym. Należy on do najwyższej klasy społecznej Argentyny, ale nie tylko pieniądze mogą zapewnić tam luksusowy wieczny spoczynek, warunkiem są również wybitne osiągnięcia lub pozycja w społeczeństwie. Jest to miejsce gdzie, znajduje się największy zbiór rzeźb oraz witraży w całej Ameryce Łacińskiej. Codzienne odwiedzane jest przez wielu turystów, którzy pragną zobaczyć nagrobek słynnej Ewy Peron. Kolejnym punktem bardzo malowniczym jest portowa dzielnica La Boca, w rzeczywistości jedna  ulica słynne Caminito, gdzie znajdują się kolorowe domy z początków XX wieku. Dzielnica nie należy do najbardziej bezpiecznych, jednak w ciągu dnia w wyznaczonych strefach można bez obaw spacerować i zobaczyć pary tańczące tango – bo to właśnie w tej dzielnicy narodziło się tango. W niedzielę warto wybrać się do artystycznej dzielnicy San Telmo, gdzie co tydzień organizowany jest pchli targ. Doskonały moment, żeby zaopatrzyć się w argentyńskie pamiątki a wieczorem potańczyć tango na świeżym powietrzu. Buenos Aires jest miastem bardzo zróżnicowanym, więc każda dzielnica ma swój odrębnych charakter i styl, więc warto zdecydować się na piesze zwiedzanie miasta, tym bardziej, że oprócz głównych atrakcji jednym z największych walorów jest eklektyczna i bardzo dekoracyjna architektura, przypominająca o latach świetności Buenos, które przypadają na początek XX wieku.

La Boca, fot. Maja Tyborska

La Boca, fot. Maja Tyborska

Kuchnia. Jaka jest?

Wszyscy którzy spodziewają się ogromnej ilości warzyw i owoców będą rozczarowani. Prawdziwi Argentyńczycy jedzą wyłącznie mięso, a jednym akceptowalnym warzywem są ziemniaki pod postacią frytek. Tradycja kuchni argentyńskiej wiąże się z legendą gaucho czyli kowboja, który w poczuciu pełnej wolności przemierzał pampy i odżywiał się wyłącznie mięsem wołowym, ale również strusim. Witaminy dla tej monotonnej diety były dostarczane jedynie za pomocą yerba mate, która jest specyficznej rodzajem bardzo mocnej herbaty i jednocześnie ulubionym napojem Argentyńczyków. Warto spróbować nie tylko słynnych steków, bowiem Argentyńczycy do perfekcji opanowali przygotowywanie każdej części wołowiny, również podrobów. Daniem, które polecam każdemu jest grillowana grasica (mollejas) skropiona jedynie sokiem z cytryny.

San Telmo, fot. Maja Tyborska

San Telmo, fot. Maja Tyborska

Od niedawna istnieje VayaconMaya…

VayaconMaya jest projektem, który ma zainteresować Polaków do przyjazdu do Argentyny w celach turystycznych, chociaż aspekt komercyjny nie jest moim priorytetem. Buenos Aires jest miejscem na tyle fascynującym i bogatym, że nawet sami jego mieszkańcy mogą poznawać nowe, nieznane do tej pory zakamarki. Moim głównym celem jest pokazanie uroków tego miasta, które dla mnie stało się drugim domem. Liczę, że Buenos Aires w moich oczach okaże się dla niektórych na tyle pociągającym kierunkiem turystycznym, że zdecydują się na tak daleką podróż…bo to w końcu drugi koniec świata.

 

Po więcej szczegółów zapraszamy na  Vayaconmaya na Facebook’u

majatyborska@hotmail.com

Tekst ukazał się w magazynie meLADY, Nr 4, 2015 r.

Staram się żyć pełnią życia

Kiedy za oknem szaro i buro, deszcz leje się z nieba strumieniami, a my nie mamy ochoty wystawiać  stopy spod koca. Kiedy nasze myśli spowite są mgłą. Kiedy ciężkie tematy i nierozwiązane problemy kłębią się w głowie. Właśnie w taki dzień warto „spotkać się” z kimś, kto nie jedną burzę już w swoim życiu przeżył i nie raz się przekonał, że można wyjść poza horyzonty – wystarczy odpowiednie myślenie!

IMG_0006

 

Krótko ponad dwa miesiące temu miałam okazję poznać Go osobiście. Najmłodszy w historii zdobywca biegunów: północnego i południowego. Założyciel fundacji „Poza Horyzonty“. Młody mężczyzna, który swoimi pasjami oraz postępowaniem pokazuje, że niepełnosprawność to nie stan ciała, ale umysłu. Optymizmem i wiarą w ludzi mógłby obdarować pół świata, a i tak cały czas by się uśmiechał. Jan Mela – we własnej osobie.
25 kwietnia br. w Warszawie powiedziałeś: „To nie ilość rąk czy nóg decyduje o naszej sile, tylko głowa”. Jak to rozumieć?
Spotykając osoby na różnych etapach drogi życiowej zauważam, że choć każdy z nas walczy z różnymi przeszkodami i ograniczeniami, to w rzeczywistości większość problemów czy barier to tak naprawdę wymówki. Jeżeli coś jest dla nas niezwyle ważne, jeśli czegoś w istocie pragniemy, to jesteśmy w stanie zrobić bardzo wiele, by to osiągnąć. Ja staram się żyć pełnią życia i brak ręki czy nogi nie jest mi w stanie w tym przeszkodzić. Gdy mówimy „tego nie da się zrobić“, zazwyczaj podświadomie myślimy „nie chce mi się o to starać“. A gdy jesteśmy nastawieni pozytywnie, to wcale nie znaczy, że wszystko staje się łatwe, ale staje się łatwiejsze, możliwe, w zasięgu naszych rąk. Albo – jak w moim przypadku – jednej ręki.

IMG_0008
Kiedy podczas konferencji „Żyj w obfitości” wszedłeś na scenę, od razu zacząłeś zarażać ludzi pozytywną energią. Przez ponad godzinę uśmiech nie schodził z Twojej twarzy. Skąd czerpiesz takie pokłady energii?
Staram się cieszyć z drobnych rzeczy. Dobrym nastawieniem przyciągamy dobrych ludzi. Kiedyś przeczytałem takie ładne zdanie, że nieznajomy to przyjaciel, którego po prostu jeszcze nie znamy. Gdy wychodzę z takiego założenia, lżej mi się patrzy na ludzi wokół mnie. Dlatego staram się dawać z siebie to, co sam chciałbym dostać. I to się często sprawdza.

IMG_0009
Wróćmy na chwilę do przeszłości. W tym roku minie 13 lat od wypadku, w którym straciłeś rękę i nogę. Czy i ile pamiętasz z chłopca, którym byłeś przed 24 lipca? Czy dziś coś was łączy? (poza imieniem i nazwiskiem :))
Łączy nas raczej niewiele, bo człowiek sprawdza się w działaniu, przy wyzwaniach, a nauka życia na nowo po wypadku to było nie lada wyzwanie. Dla mnie i dla moich najbliższych. Jak to się mówi, jestem tym, kim jestem, dzięki innym. To trudne doświadczania hartują duszę. Po tak silnym upadku, jakim był mój wypadek, musiałem podnieść się silniejszym. Teraz w sytuacjach, gdy odczuwam silny ból, taki fizyczny, przypominam sobie tamte chwile w szpitalu i stwierdzam, że skoro wtedy udało mi się przetrwać, to teraz nie mogę się poddać. Poza tym sądzę, że ludzie potrzebują obok siebie historii, w których mogliby się odnaleźć, takich zwykłych, codziennych bohaterów. Nie niezłomnych i krystalicznych, tylko wadliwych, jak każdy z nas. Nie ma nic złego w upadaniu, gdy po upadku powstajemy. Nie ma nic bardziej ludzkiego niż słabość.

IMG_0001
Większość Twoich wypowiedzi można by podzielić na krótsze fragmenty i wydać je w książce w postaci sentencji. Chociażby to: „Czasem, żeby pójść w odpowiednim kierunku, trzeba się odbić od dna” albo „doceniamy rzeczy dopiero wtedy, kiedy je tracimy”. Masz dopiero 27 lat, ale to, co mówisz sugeruje, że poznałeś życie bardziej, niż niejeden Twój rówieśnik. Jasne jest, że wypadek miał na to wpływ, ale czy tylko on?
Faktem jest to, że traumatyczne doświadczenia przyspieszają dojrzewanie, choć to wcale nie tak dobrze. Wszystkie etapy rozwoju są nam potrzebne. Jeśli parę z nich przeskoczyłem, trzeba będzie kiedyś do nich wrócić. Ale pomijając to, jest też tak, że uczymy się od ludzi, którzy nas otaczają. Gdy siedzimy z leniuchami i niedowiarkami, sami potrzebujemy więcej energii, by się zmobilizować do działania. A gdy jesteśmy z działaczami, sami łatwiej łapiemy dobry flow do działania. Ja mam to szczęście, że mam wokół siebie mądrych i dojrzałych ludzi, więc z tego korzystam i zawsze coś tam skapnie i na mnie.
 Zapytany o to, co umiesz robić najlepiej powiedziałeś, że znasz się na upadaniu i podnoszeniu. Czy mógłbyś podzielić się z naszymi czytelnikami swoimi sposobami na podnoszenie się?
Przeczytałem kiedyś takie zdanie, że dziecko siedząc na dywanie nie widzi jego wzoru – musi wstać, by zobaczyć, w czym siedziało. Dystans daje nam możliwość racjonalnej oceny sytuacji.Podobnie jest z problemami. Gdy ich doświadczamy, często nas przygniatają i wydają się końcem świata. Mi w takich momentach pomaga myśl, że przecież w moim życiu dzieje się mnóstwo świetnych rzeczy i lepiej się skupić na nich.

IMG_0007
Podobno każdy mężczyzna ma swój zestaw survivalowy. Jaki jest Twój? Z czego się składa? Kiedy po niego sięgasz?
Gdziekolwiek bym nie jechał, czy jest to konferencja w Warszawie, czy stare fabryki na Śląsku, nie ruszam się bez czołówki, śpiwora i leathermana (taki multitool m.in. z obcęgami, nożem i śrubokrętami), który przydaje się by przeciąć drut, odkręcić koło w rowerze, czy ciąć materiał (kiedyś kończyłem szyć koszulę na wieczorne spotkanie siedząc w pociągu do Warszawy).
Człowiek. Ludzie. Tematy rzeki. Dzisiejsza rzeczywistość każe nam stawać w szranki z drugim człowiekiem i traktować go jak konkurenta, nie jak przyjaciela. Jak Ty się na to zapatrujesz? Kim są dla Ciebie ludzie?
Mi jest akurat bardzo na rękę traktować obcych ludzi jak przyjaciół, bo podróżując w sposób backpackerski i autostopem cały czas jestem zależny od innych, co mi nawet specjalnie nie przeszkadza. Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że jestem w kropce, spotykam kogoś, kto mnie ratuje. Ta codzienna niepewność jest o tyle fajna, że każda dobra rzecz jest jak dar z nieba, a te dary są dużo cenniejsze, niż cokolwiek, co da się kupić czy samemu sobie załatwić na pewniaka. Wszystkie te nieprzypadkowe przypadki to cudowna sprawa.

IMG_0005
Słyszałam o Twojej misji: odkręcić świat. Jak Ci idzie?
Całego świata się nie odkręci, przede wszystkim dlatego, że ten świat wcale tego nie chce. Jak pisał Anthony DeMello, życie to bankiet, a największą tragedią tego świata jest to, że większość ludzi umiera na nim z głodu. Żyjemy z klapkami na oczach, są nam wmawiane bzdurne potrzeby, okłamujemy sami siebie. A można żyć prościej, szczerzej. Wybór należy do każdego z nas. Łatwiej i przyjemniej jest żyć w prostym, dobrym świecie.

IMG_0004

 

Tekst ukazał się w magazynie meLADY, Nr 3, 2015 r.

oraz na:

Jan Mela – staram się żyć pełnią życia

Bassano del Grappa – kraina grappą i sztuką płynąca

Rzeka Brenta, Bassano del Grappa, fot. Sara Chiaranzelli, naturagrezza.blogspot.com

Brenta, Bassano del Grappa, fot. Sara Chiaranzelli, naturagrezza.blogspot.com

Trzeba odznaczać się nie lada siłą charakteru, aby zatrzymując się w Padwie, Veronie czy Vicenzy, oprzeć się pokusie zwiedzenia okolic Wenecji – tych pomijanych przez przeciętnych turystów. Aby poznać te miejsca, warto się tu wybrać i to nie raz. Ukryte wśród alpejskich wzgórz, oblane wodami jezior i rzek czekają na swoich entuzjastów, którzy właśnie w tych skromniejszych zakątkach mają szansę odkryć prawdziwą esencję Włoch.

Takim miejscem jest jedno z najbardziej uroczych północno-włoskich miast, położone w Wenecji Euganejskiej Bassano del Grappa. Jego czerwone dachy widnieją wśród zielonych wzgórz szczęśliwej doliny, przedzielonej zwierciadlaną taflą rzeki Brenta, nad którą od wieków rozpina się drewniany Ponte Vecchio. Ten średniowieczny most łączący Bassano z Vicenzą, wielokrotnie niszczony przez powodzie i pożary, swój dzisiejszy kształt zawdzięcza włoskiemu architektowi Andrea Palladio. Pierwszy projekt, kamienny, trójprzęsłowy most wzorowany na starożytnych rozwiązaniach, nie znalazł akceptacji miasta jako za drogi. Wówczas to Palladio zaproponował wykorzystanie dawnego drewnianego projektu mostu, używając jednak nowatorskich rozwiązań: tak pod względem funkcjonalnym jak i estetycznym. Ponte degli Alpini nie uchronił się przed zniszczeniami podczas II Wojny Światowej, szczęśliwie jednak odbudowany przez regiment alpejski Armii Włoskiej, właśnie tym żołnierzom górskim zawdzięcza swoją dzisiejszą nazwę. Dziś możemy spacerować długim na 180 stóp mostem, niczym królewską loggią wspartą na toskańskich kolumnach, nie obawiając się przy tym ostrego słońca, w tle słysząc mozartowską arię Don Giovanni „Stoję na moście w Bassano”…

Ponte degli Alpini, Bassano del Grappa, fot. Gianluca Bonotto

Ponte degli Alpini, Bassano del Grappa, fot. Gianluca Bonotto

Podróżny jak we śnie spaceruje tu małymi, fantastycznymi ulicami, wzdłuż wiekowych warsztatów rzemieślników, poprzeplatanych modnymi włoskimi butikami, czy sklepami z charakterystyczną dla Bassano ceramiką. Niczym przylepione do wzgórz budowle, dzięki czystości górskiego powietrza, do dnia dziesiejszego zachowały wspaniałe, polichromowane fasady, jakich nie znajdziemy nawet w Weronie.

To podalpejskie miasteczko to skarbnica artystów, żeby wymienić tylko wspomnianego wcześniej Palladio, Canova czy Jacopo da Ponte. Ten ostatni bardziej znany pod nazwiskiem Bassano (nie przez przypadek), należał do trójki malarzy najbardziej charakterystycznych dla miasta – jego dwaj synowie również byli artystami. Tzw. „trzej Bassano” to nieodłączni satelici miasta. Ich obrazy, na których pojawiają się ustawicznie sale bankietowe, jarmarki, targowiska, są dziś dla nas malarskim dokumentem tego jak wyglądało życie Wenecji XVI wieku. Zamiast dotyczasowej poetyckości, sielskości i odgłosów lutni obecnych w przedstawieniach malarskich chociażby Giorgione, u Bassano mamy do czynienia z zagłusząjącym rykiem bydła czy brzdękiem naczyć. Natura, bliska okolica lasów podalpejskich, sceny rodzajowe, to wszystko zostało stylistycznie uproszczone, sprowadzone do poziomu bliskiej człowiekowi codzienności. Energia, moc żywiołów, solidność, to one oddają całą naturę i urok trójki malarzy z Bassano. O znaczeniu tychże artystów dla historii sztuki świadczyć może to, że nawet wielki Velazquez w pewnym okresie swojej twórczości był skromnym bassanesco. Dzieła malarzy można oglądać na stałej ekspozycji w jednym z najstarszych muzeów w regionie Veneto – Museo Civico.

Sala z dziełami Jacomo da Ponte, Museo Civico, Bassano del Grappa, fot. BluOscar, bluoscar.blogspot.com

Sala z dziełami Jacomo da Ponte, Museo Civico, Bassano del Grappa, fot. BluOscar, bluoscar.blogspot.com

W Bassano, oprócz strawy duchowej, znajdziemy również coś „dla ciała”. Będąc w Bassano del Grappa, grzechem byłoby nie zatrzymać się zaraz przy wejściu na most w jednej z najstarszych destylarni NARDINI na pobudzający un bicchiere di grappa. Upraszczając, włoska grappa to odpowiednik tradycyjnego polskiego bimbru. Ten mocny alkohol (od ok. 38% do nawet 61%) pędzony był początkowo„przy księżycu” dla rozgrzewki przez ubogich pasterzy pasących owce na zboczach Monte Grappa. Nazwę swoją jednak wywodzi nie od góry, a od włoskiego słowa „grappe” – czyli gałązka, na której rosną winogrona. Jak to często bywa, również grappa z alkoholu dla najniższych warstw społeczeństwa awansowała na stoły możnych, stając się dziś jednym z modniejszych trunków Italii, serwowanych równie często co espresso, lub też z espresso jako caffè corretto. Grappa ma swoje święto: corocznie na przełomie września i października odbywają się w Bassano „Otware dni grappy”.

Grapperia Nardini, Bassano del Grappa, fot. BluOscar, bluoscar.blogspot.com

Grapperia Nardini, Bassano del Grappa, fot. BluOscar, bluoscar.blogspot.com

Kiedy już grappa rozgrzeje przyjemnie żołądek, należałoby posmakować typowego w tym regionie przysmaku czyli asparago bianco. Jedna z legend mówi, że szparagi sprowadził do Bassano św. Antoni z Padwy. Istnieje także opowieść, według której po intensywnym gradobiciu chłopi musieli sięgnąć po białe szparagi przysypane ziemią, zamiast po jedzone do tej pory – zielone, wyrośnięte ponad glebę. Sprawa szparagów, jako regionalnego skarbu, traktowana jest bardzo poważnie. Istnieją ścisłe regulacje dotyczące koloru, średnicy, długości czy wagi wiązki sprzedawanego przysmaku. Najpopularnieszym sposobem podania jest klasyczne danie Asparagi bianchi di Bassano, czyli szparagi z sosem z jajka ugotowanego na miękko. Buon appetito!

Piazza, Bassano del Grappa, fot. Marta Bonotto

Piazza, Bassano del Grappa, fot. Marta Bonotto

Całe Bassano ma w sobie jakąś szczególną, wyróżniającą je wesołość. Być może powoduje to rozweselająca grappa, a może rozbrzmiewający na piazza niezwykle śpiewny dialekt wenecki?

Kto przywykł do niezwykle poważnego rzymskiego tonu, lub poprawnej florenckiej wymowy, temu dialekt Veneto wyda się dziecinny, a nawet śmieszny. Jednak to właśnie ten dialekt jest jednym z najczęściej jeszcze dziś używanych dialektów regionalnych. Podróżny, który raz rozsmakował się w weneckiej mowie, nad wszelki syreni śpiew przedkładał będzie ów zasłyszany okrzyk, w którym weneckie „z” i „c” zastępują tak obficie występujące w klasycznej wymowie włoskie dźwięki „dż” i „cz”.

Dziś, mimo że Bassano del Grappa coraz częściej znajduje się na liście miejsc „must-see” we Włoszech, jednak w dalszym ciągu zachowuje swoją niczym nie skażoną „włoskość”. Na szczęście.

 

Tekst ukazał się w magazynie meLADY. Nr 2, 2015 r.

Moje okno na świat

budzik-z-kotkiem-103062.large                                                                                                                             grafika: http://www.mobila.pl

Środa, późny wieczór. Na pół śpiąca sięgam po telefon, ustawiam budzik, odkładam telefon i chwilę później słodko śpię…

ś

Święcie przekonana o tym, że go włączyłam, oddaliłam się w objęcia Morfeusza. I tkwiłam w nich do chwili, kiedy to wyspana otworzyłam oczy i zerknęłam na telefon. A tam  na zegarze  godzina 10. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że za 25 minut powinnam się zameldować z placówce medycznej… Sprawdziłam budzik – nastawiony! Dzień się zgadza, godzina również. Głośność maksymalna – a jednak go nie usłyszałam? Wolę myśleć, że mnie olał i nie zadzwonił.
Czwartek przyniósł jeszcze jedną „niespodziankę” – próbuję sprawdzić maila – strona się nie wczytuje; klikam na wiadomości w necie – a tu „brak połączenia z internetem”.
Wciąż jeszcze pełna nadziei, podnoszę się z łóżka i zmierzam w kierunku routera. Jego widok rozwiewa wszelkie wątpliwości – nie poszaleję dziś w sieci. Pocieszam się myślą, że pewnie w ciągu kilkunastu minut szanowna firma na eM. odda mi moje okno na świat. Kiedy po upływie godziny nic się nie zmieniło, postanowiłam zobaczyć, co w świecie piszczy posługując się tv. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po włączeniu odbiornika, moim oczom ukazał się napis: „Brak sygnału. Sprawdź kabel antenowy”.
Moja pierwsza myśl – ale jak to tak? I co ja będę teraz robiła?
Myśl druga – nie jest tak źle. Na półce jest jeszcze mnóstwo książek do przeczytania.

Jeszcze kilka miesięcy temu, w podobnej sytuacji – brak internetu – poruszyłabym niebo i ziemię, aby przywrócić status quo. Obdzwoniłabym infolinię, nawet do punktu obsługi klienta bym się pofatygowała, zaangażowała w to męża – wszystko, byleby oddali mi powietrze…tfu…internet.
Dziś jednak, po kilkusekundowym zawieszeniu, bez większych problemów zaakceptowałam aktualny stan rzeczy. Sama sobie wytłumaczyłam, że pewnie jest jakaś awaria i jak tylko się z nią uporają, to łącze zostanie przywrócone. W ogóle do głowy mi nie przyszło, żeby gdziekolwiek dzwonić.
Dzień upłynął mi w towarzystwie dwóch książek, które z czystym sumieniem polecam: „Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego” Joanny Woźniczko-Czeczott – choć może na tę lekturę niech się skuszą ci, co to nie mają twardego postanowienia „żadnych dzieci” – i druga pozycja: „Zarabianie prawdziwych pieniędzy, czyli czego nie powie ci żaden doradca” Bartosza Nosiadka – o tej książce zrobię jeszcze wpis.
Nie towarzyszył mi mój codzienny rozpraszacz – facebook. Nie kusiło odłożenie książki na rzecz nowych postów na blogach, które czytam z zapartym tchem. Dotarło do mnie za to coś innego.
Daleka jestem od stwierdzeń, że internet to samo zło, a my jesteśmy od niego tak uzależnieni, że bez niego nasze życie traci sens.
Wręcz przeciwnie, uważam, że skoro mamy w swoich rękach narzędzie, które skutecznie ułatwia nam funkcjonowanie, to tylko nienormalni z tego nie korzystają.
Internet daje nam dostęp do materiałów, które czasami są najzwyczajniej w świecie niedostępne od ręki. Globalna sieć, to narzędzie, które mądrze wykorzystane, przyniesie nieporównywalnie więcej korzyści niż strat.
Jednak z siecią jest jak z alkoholem. Co za dużo i nierozsądnie, to nie zdrowo. I o ile będziemy o tym pamiętać i rozumnie z niego korzystać, o tyle będziemy bogatsi w wiedzę, która jest na wyciągnięcie ręki.
Wszak internet jest dla ludzi. Skądinąd roztropnych ludzi.
Jednak warto czasem pozwolić sobie to dobrodziejstwo wyłączyć i sprawdzić, czy nie za bardzo się z nim zżyliśmy.
Warto wystawić twarz do słońca niż do monitora.
Warto też poczekać na męża, który wróci z pracy i zamiast zjeść ciepły obiad, dzwoni do pracownika firmy eM. i w ciągu 30 sekund dowiaduje się, że przez pomyłkę został odłączony sygnał, ale nie ma się co martwić, zaraz go przywrócą. I tv też będzie działać.
Tak, zdeterminowany mężczyzna, który chce obejrzeć mecz, jest w stanie zdziałać cuda.
A ja przez cały dzień wierzyłam, że awaria…i pewnie gdyby mąż był w kilkudniowej delegacji, to musiałabym szybko udać się do najbliższej księgarni, bo nie miałabym już co czytać, taka to awaria internetu była :)